Gdy Harry oddalił się od martwego ciała profesora i stanął przy dwójce najbliższych przyjaciół, Hermiona z trudem przełknęła ślinę. Chłopiec z blizną przyjrzał się fiolce ze wspomnieniami Snape'a, po czym popatrzył na Rona, a później na nią i zacisnął zęby, gotów poznać fragmenty przeszłości, jednocześnie obawiając się ich. Ron nalegał, by opuścili to miejsce, lecz czarownica zaoponowała.
— Chciałabym się z nim pożegnać — wytłumaczyła.
— Z kim? Z tym śmieciem? — syknął Ron, z odrazą wymalowaną na twarzy. — Chyba sobie żartujesz. Nie mamy na to czasu, Hermiono, tym bardziej nie będziemy go marnować na jakieś „pożegnania” z dupkiem z lochów.
— Ze zbyt dużą ilością ludzi nie dano nam się było pożegnać. Chcę mieć chociaż to, proszę, pozwól mi na to.
Lecz w głosie dziewczyny nie pobrzmiewało ciche błaganie ani oczekiwanie na akceptację, nie — jej głos przeszywała stalowa, nieugięta nuta pewności siebie i swoich racji. Nie chciała się z nim kłócić, jednak jeśli nie pozostawi jej wyboru, zrobi, co będzie trzeba. Ron wpatrywał się w nią, nie dowierzając.
— Ty nie żartujesz. — To nie było pytanie, a stwierdzenie. — Dlaczego?
— Już ci powiedziałam.
— Nie dotarło.
Mierzyli się wzrokiem, starając się niewerbalnie wpłynąć na drugą osobę, ale i on i ona wierzyli, że to drugie było w błędzie. Żadne z nich nie zamierzało odpuścić.
— Ron, daj spokój... — spróbował Harry.
— Ty też?! Co jest z wami nie tak? — Policzki chłopaka przybrały czerwoną barwę. — Nie będziemy teraz udawać, że Snape był dobrym człowiekiem?
— Nie, nie był, za to był jedną z nielicznych stałości w naszym życiu. Chciałabym, żebyś uszanował moją decyzję.
— Zachowujesz się inaczej...
— Ron, chodź. Zaczekamy na zewnątrz. — Harry przejął inicjatywę, gdy zauważył dłonie Hermiony zaciskające się w pięści. — Dajmy jej chwilę. Nikomu to nie zaszkodzi.
— Mi szkodzi.
Harry rzucił mu spojrzenie wyrażające więcej niż potrafiłyby słowa i złapał Gryfona za rękaw kurtki, ciągnąc go za sobą w stronę wyjścia z Wrzeszczącej Chaty. Po upewnieniu się, że chłopcy znajdowali się poza zasięgiem słuchu, powoli podeszła do leżącej w brudnym kącie Chaty sylwetki mężczyzny. Plama krwi odznaczała się na nieskazitelnie białym kołnierzyku koszuli, a także na podłodze i bladej twarzy nauczyciela. Wyglądał, jakby spał. Oczy miał zamknięte, spomiędzy brwi zniknęła zwyczajowa zmarszczka, a i kąciki ust nie wykrzywiały się w drwiącym uśmiechu.
Wyglądał, jakby spał.
Hermiona kucnęła przy nim i dotknęła jego zimnego, zroszonego potem czoła. Wyglądał, jakby spał.
— Słuchaj, no, parszywy szczurze — szeptała przez zęby — wiem, że żyjesz.
— Co ty nie powiesz, Granger. — Snape uśmiechnął się w sposób wielce arogancki. — Czyli twoje zdolności logicznego myślenia jeszcze nie wyparowały? Sądziłem, że to już dawno nastąpiło.
— Nie pogarszaj swojej sytuacji.
— Doprawdy, może być gorzej?
— Zaraz się przekonasz.
— Zawsze wiesz, co powiedzieć — parsknął z błyskiem w oku. — Nawet, gdy jestem na łożu śmierci. Nie masz sumienia.
— Przestań, zamknij się. Nie będę dla ciebie narażać karku.
— Cały czas to robisz, jeśli mnie pamięć nie myli — teatralnie przyłożył palec do ust w geście zamyślenia i postukał nim parę razy — od ponad roku. Muszę przyznać, całkiem nieźle się trzymasz.
— Skończyłeś? Daruj sobie, na nikim nie robisz wrażenia. Monolog? — Pokręciła głową. — Stać cię na więcej. Dobra, wracając do meritum, czas mnie goni. Tutaj masz świstoklik.
Sięgnęła do kieszeni, z której wyciągnęła czarny pionek szachowy i wręczyła go Snape'owi. Snape odebrał przedmiot i zaraz po tym chwycił dłoń dziewczyny i zakleszczył w żelaznym uścisku. Hermiona popatrzyła na niego zdziwiona i spróbowała się wyrwać, ale on trzymał mocno.
— Kiedy do mnie dołączysz?
— Niedługo.
— To znaczy?
— Że wkrótce — powiedziała, wywracając oczami.
— Stąpasz po cienkim lodzie, Granger...
— Dam sobie radę, Snape. Do zobaczenia.
Wstała, otrzepała kurz ze spodni, ostatni raz rzuciła mężczyźnie długie, nieprzeniknione spojrzenie, a następnie wyszła z Wrzeszczącej Chaty i, ignorując odległy dźwięk aktywacji świstoklika, z dna torebki wyłowiła zmieniacz czasu.
Teraz albo nigdy, pomyślała, z żalem obserwując kłócących się Harry'ego i Rona.