21.04.2019

iii. let's wreck this mf

— Prefekci naczelni zostali poinformowani o dodatkowym uczniu.
— Będziemy musieli powiększyć dziewczęce dormitorium, Albusie, jeżeli wiedziałeś o tym wcześniej, mogłeś zająć się chociaż tym, skoro resztę postanowiłeś zachować dla siebie. Wszystko na ostatnią chwilę. — Minerwa pokręciła głową i popatrzyła karcąco na dyrektora. — W ogóle zamierzałeś mi powiedzieć, czy podczas ceremonii przydziału chciałeś mi zrobić niespodziankę?
— Kochana, jestem już stary, chyba mam prawo zapomnieć?
— O założeniu skarpetek owszem, ale nie o tym, że dołączy do nas nowa czarownica! — Złożyła ręce ku górze w geście niemocy. — Nie wiem, co to za kolejny szaleńczy pomysł, ale wiedz, że nie będę za ciebie świecić oczami.
— Nawet bym nie śmiał cię o to prosić — powiedział z uśmiechem. — Panna Granger dołączy do siódmoklasistów, jej wyniki z SUM-ów świetnie się prezentują, możemy do jej planu wrzucić dodatkowe zajęcia, wspomniała, że jej na tym zależy. Co do kwestii dormitorium, nie musisz się martwić, Lily bez wątpienia nie będzie w żaden sposób protestować.
— Panna Evans? A co ona ma z tym wspólnego.
— Coś mi mówi, że wiem, w jakim domu wyląduje.
Dumbledore mrugnął okiem i rozsiadł się w fotelu, z iskierkami w oczach zajadając cytrynowe dropsy.

***

Hermiona nie planowała tak szybkiego obrotu wydarzeń. Niezmiernie cieszył ją fakt, że Dumbledore uwierzył jej ot tak, ale to było zbyt piękne, by było prawdziwe. Misja szła pomyślnie, a to niby od kiedy Złota Trójka na swojej drodze co rusz nie napotykała się na coraz to nowsze komplikacje?
Wyjawiła dyrektorowi cel wizyty: uratować rodziców Harry'ego. Spotkało się to z dłużącymi się wyjaśnieniami: kim był Harry, jaką rolę odegrał w wojnie czarodziejów, kto stanął po stronie Czarnego Pana, a także skróceniu sześciu lat edukacji w kilku zdaniach złożonych. Nie dawało jej spokoju to, w jaki sposób Dumbledore domyślił się, że przeniosła się w czasie. Skąd wiedział i czy naprawdę wystarczyło jedno spojrzenie lub wyjawienie nazwiska, by ten się domyślił. Jednocześnie zaintrygowana i osłupiała zadawała pytania, na które staruszek nie odpowiadał, rzucał jedynie oklepanymi frazesami, migał się od odpowiedzi. Cały Dumbledore.
Prędzej wydusiłaby ze Snape'a przepis na veritaserum podczas popołudniowej herbatki niż prawdę z Dumbledore'a, więc uznała, że drążenie tematu to tylko i wyłącznie strata czasu. Więc czekała, aż w końcu dane jej będzie podjąć działania.

***

Z dniem pierwszego września do Hogwartu przybyła jego dusza — uczniowie. Nie chciała się rozczulać nad tym, jak bardzo przypominało jej to dawne lata, gdy ich jedynym problemem był sam koncept Voldemorta, a nie nieustanna walka o życie, jak bardzo roześmiane twarze przypominały jej o tym, czego w Hogwarcie nie widziano od śmierci Cedrika, że kiedyś w tych murach czuła się bezpieczniej niż w jakimkolwiek innym miejscu, a tymczasem śmierciożercy panoszyli się po korytarzach, torturowali i zabijali niewinnych ludzi. Nie chciała, jednak fala uczuć była silniejsza od jej chęci. Wielu, których otaczało ją podczas ceremonii przydziału, doczekało się dzieci, dzieci, które teraz, może nawet w tej chwili, stawiają czoła śmierci, modlą się o łaskę lub krwawią w jakimś ciemnym kącie.
Musiała położyć temu kres. Tak, jak razem planowali.
Czuła się trochę nieswojo, stojąc wraz z jedenastolatkami przed Tiarą Przydziału, obserwowana przez każdą parę oczu znajdującą się na Wielkiej Sali. Dumbledore zapewnił ją, że prefekci naczelni wiedzieli o jej obecności i przedstawił im oficjalną wersję, mimo to nie mogła pozbyć się wrażenia, że była tu niechciana. Pieprzyć to, zawieranie przyjaźni odstawi na później, priorytetem Hermiony stał się James Potter i Lily Evans. O dziwo, właśnie tych dwóch osób zabrakło podczas kwiecistego przemówienia dyrektora.
Tiara przydzieliła ją do Gryffindoru. Zdziwiłaby się, gdyby przydział przebiegł inaczej. Siedziała więc przy aż za dobrze znanym stole, nieco mniej zniszczonym, szukając w tłumie pewnych konkretnych twarzy. Jedzenie w żadnym stopniu jej nie interesowało, za to bez opamiętania pochłonęło jednego chłopca o jasnej czuprynie i wodnistych oczach. Resztkami sił powstrzymała się od rzucenia na niego jakiejś paskudnej klątwy.
Pettigrew. Sam wydźwięk tego słowa sprawił, że czarownicę przeszły dreszcze.
Skoro Peter tu był, gdzie znajdowała się pozostała część Huncwotów?
— Cześć.
Prawie podskoczyła, gdy tuż przy jej uchu rozległ się głośny szept. Spojrzała za siebie i serce niemalże wyskoczyło jej z piersi na widok Syriusza.
To było trudniejsze niż w jej najśmielszych przypuszczeniach. Tak pełny życia i uśmiechnięty... O Merlinie, Hermionie łzy nagromadziły się pod powiekami.
— Ech, wybacz — speszył się natychmiast. — Nie chciałem cię przestraszyć. Tylko weź nie becz, Gryffindor to dom tych odważnych, oślizgłe Węże nie mogą zobaczyć, że się boisz... Tym bardziej, jak płaczesz.
Hermiona odetchnęła, ukradkiem ocierając kropelki z policzków, i zaśmiała się histerycznie. Dokładnie takim go sobie wyobrażała, ale to, co zachowało się w pamięci, tak diametralnie różniło się od tego, co widziała.
— Jestem Syriusz. I ogólnie to chciałbym cię zapoznać z tą budą, z racji, że koleś za to odpowiedzialny jest zajęty — położył specjalny nacisk na to słowo — drugą osobą, która ma odpowiednie predyspozycje do pełnienia tej funkcji. Jamesa poznasz, jest naszym panem i władcą i bez niego życie wydaje się bezbarwne i bezsensowne...
— Uważaj, bo jeszcze pomyśli, że się w nim podkochujesz — wtrącił wysoki chłopak. — Chociaż w sumie...
— Luniaczku, słodziutki mój misiu pysiu, to są jawne oszczerstwa i zmyślone bujdy zazdrosnego, z niewiadomych mi przyczyn, młodzieńca.
Milczała, bo nawet, gdyby chciała się odezwać, nie potrafiłaby. Gardło miała ściśnięte, podobnie żołądek.
— Z niewiadomych przyczyn? — powtórzył Remus z uniesioną brwią.
— Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Dobra, będzie tego. Hermiona Granger, tak? — Dziewczyna pokiwała głową. — Witamy w najzajebistszym domu w tej szkole. Co piątek organizujemy epickie imprezy, a w środy nosimy róż.
— To nieprawda.
— Psujesz całą zabawę...
— Okrutny, zły i podły ja.
— Ty to powiedziałeś.
— Ty zainsynuowałeś.
— Uuu, jestem Remus Lupin, znam trudne słowa, Łapa nieziemsko wygląda w obcisłych spodniach — przedrzeźniał Syriusz z głupią miną. — Hermiono, co powiesz na to: zwijamy się stąd, bo żarcie i tak jest niedobre, ileż można jeść kurę i grzanki, halo, i idziemy poszukać przygód.
— Możemy opuszczać Wielką Salę? — odezwała się po raz pierwszy tego wieczoru, gdy znalazła w sobie odrobinę siły.
— Ojejku! — pisnął podekscytowany i przyłożył dłonie do ust. — Jeszcze nikt jej nie sprowadził na złą drogę... Cóż za zaszczyt!
— Syriuszu, wydaje mi się, że bierzesz to za bardzo do siebie. Nie musisz demoralizować każdej napotkanej duszy.
— Peter, wystarczy! Już się najadłeś. — Zignorował słowa Remusa. — Idziemy do Wieży Astronomicznej. — Peter szybko wpakował ciastko do buzi i stanął przy Syriuszu i Remusie. — I ty — wskazał na Hermionę, która obejrzała się na boki, a później wskazała na siebie palcem z niemym zapytaniem — idziesz z nami, czuję niezmożoną chęć zdeprawowania cię.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER